Drugi dzień chodzę z bananem na twarzy (dobrze, że tylko tam :P) i w ogóle teraz żadna czekolada nie jest mi potrzebna, ot co. :]
W sobotę zaczynam normalne wykłady, z czego ani się nie cieszę, ani nie rozpaczam, bo jeśli mam się na nich zjawiać co dwa tygodnie to nie ma żadnego problemu. :D Złożyłam sobie też CV do dwóch miejsc, jak nic z tego nie wyjdzie, to mam trzecią, pewną opcję, ale to już raczej ostateczną, bo tam naprawdę trzeba będzie pracować w pełnym tego słowa znaczeniu, a ja planuję raczej pójść sobie na łatwiznę. :P
Mam jeszcze pewną rozkminkę, bo tradycyjnie coś się musi spierdolić - otóż prawdopodobnie nie uda mi się wpaść znowu na listopadowy zlocik, bo przez to, że szkoła przyjęła za dużo osób w tym roku, zjazdy podzielili na grupy (po dwie w każdy weekend) i przez to nie ma żadnego wolnego aby zrobić plener (a to jest obowiązkowe do zaliczenia...). I jest pomysł aby plener ten zrobić właśnie w długi weekend. :/ Oby dyrekcja odrzuciła ten pomysł, bleh.