... czyli szalone przygody z polską służbą zdrowia.
Lekarzy unikam jak ognia, ale nawet w moim życiu zdarzają się momenty, że muszę odwiedzić któregoś z nich. Tak właśnie było dnia wczorajszego, kiedy to zwolniłam się z pracy będąc w stanie totalnej nieużywalności i to nie bynajmniej z winy alkoholu, lecz uciążliwego kaszlu i bólu głowy. Swoje kroki od razu skierowałam do przychodni, aby spróbować dostać się jeszcze tego dnia do jakiegokolwiek lekarza pierwszego kontaktu, nie musiał to być mój. Pominę trud włożony w dotarcie do rejestracji w powodu remontu i mętnych wskazówek dotyczących dojścia tam inną drogą. Kiedy już udało mi się znaleźć we właściwym miejscu, miły pan powiedział, iż muszę udać się do gabinetu mojej pani doktor i zwyczajnie zapytać, czy znajdzie dziś czas na przyjęcie dodatkowego pacjenta. To też uczyniłam, wpuszczona za zgodą pani przede mną. I cóż mnie spotkało? Krzyki i poniżenie.
- "Ale co sobie pan i w ogóle wyobraża! Że ja tu będę dłużej zostawać?!" ( ._.)
- "Co pani dolega, że to takie pilne?!" (pominę milczeniem fakt, iż to ona jest lekarzem i powinna powiedzieć, co mi jest)
- "Co pani tu w ogóle robi, kto panią przysłał?!" (tajne służby)
Cóż, udałam się ponownie do rejestracji, aby zapisać się na dzień następny. Wróciłam dzisiaj o godzinie 10, czekając grzecznie na swoją kolej. Miałam zostać wywołana do gabinetu, ale czas mijał i nic się nie działo. Zapukałam w celach informacyjnych i co zobaczyłam? Plotkujące lekarki, w tym moją obecną i przyszłą (po akcji wczorajszej postanowiłam zmienić lekarza, akurat pech chciał, że na podobną do poprzedniej), które zupełnie nie zwracały uwagi na to, co mówię. Gdy stwierdziłam, że niestety, ale nieco się spieszę, zostałam wprowadzona do gabinetu, a moja pani doktor zabrała kubek ze swoją kawą, zamykając drzwi i dalej plotkując w przedsionku. Okej, to jeszcze zniosę. Ale kiedy wpada z powrotem, drze się na mnie, że dziś znów robię to samo co wczoraj, myślałam że coś jej zrobię. To JA mam czekać, aż łaskawa pani skończy rozmawiać i będzie jej się chciało przyjąć mnie po godzinie, na którą byłam umówiona? Nasłuchałam się jeszcze, że chory to chory i NIE MA PRAWA nigdzie się spieszyć. Co z tego, że byłam umówiona na rozmowę o pracę, niestety wypadło to w czasie choroby? Całe to zajście skwitowałam stwierdzeniem "może trochę grzeczniej", aczkolwiek niewiele to dało. Gdy musiałam wrócić na moment na korytarz po dowód osobisty (zwolnienie do pracy, coś trzeba podać) okazało się, że lekarka zrobiła sobie przerwę śniadaniową, pochłaniając jakąś słodką bułę. HALO! Ciężko zaczekać? Ja w pracy nie jem wtedy, kiedy potrzebuję, ale wtedy, kiedy MOGĘ. Gdyby nie to, że nie miałam ani czasu, ani siły na kłótnie, to z całą pewnością złożyłabym jakąś skargę na tę kobietę. A potem się mnie wszyscy pytają, czemu będąc chora nie idę do lekarza, tylko próbuję leczyć się sama. Powód? Wychodząc z gabinetu czuję się jeszcze gorzej, niż zanim do niego weszłam. I aż ciśnie mi się na usta zdanie zamieszczone na obrazku w notce poniżej...